Koszty podróży po Stanach

10 tygodni podróżowania.
23 odwiedzone Stany.
19 tysięcy przejechanych kilometrów.
A ile to wszystko kosztowało?

W sumie wydaliśmy 15 tyś USD. Nie uwzględniam tu zakupu samochodu, który kosztował 1850 CAD ani biletów do Polski za które zapłaciliśmy 3000 PLN.

Jak te koszty się rozkładają?
Otóż w przeciwieństwie do podróżowania po Europie benzyna była najmniejszym wydatkiem i podczas całej podróży wydaliśmy na nią tylko 1412$. Drugim niewielkim kosztem były bilety wstępów. Na początku wyprawy kupiliśmy kartę America the Beautiful za 80$ i wszystkie atrakcje narodowe mieliśmy za darmo, co trochę obniżyło ten koszt. W efekcie wstępy kosztowały nas 1869$, z czego aż 218$ pochłonęły bilety do Six Flags, 240$ rejs na Alasce, a 150$ i 140$ bilety na Cirque du Soleil w Vegas i występ na Brodwayu w Nowym Jorku.

Na jedzenie, picie i alkohol wydaliśmy łącznie 2377$ i to akurat jest dość mało, bo większość posiłków przygotowaliśmy sami dość rzadko stołując się w knajpach. Średnio dziennie wydawaliśmy 42$, co przy dwóch osobach jest naprawdę małym kosztem.

Na noclegi przeznaczyliśmy 3160$ i znów jest to rozsądna kwota i mogłaby być kilkukrotnie większa gdybyśmy nie mieli namiotu. Poza tym w najdroższych miastach, czyli w Waszyngtonie i Nowym Jorku, a także w Alabamie i Toronto zatrzymaliśmy się u przyjaciół, dzięki czemu mieliśmy za co wrócić do domu:]
Było też kilka miejsc, w których zaszaleliśmy i wydaliśmy dużo więcej niż zakładał nasz budżet. To było oczywiście Las Vegas, w którym na same noclegi poszło 660$ na 5 nocy oraz 300$ na 3 noce na plażach Zachodniego Wybrzeża.

Podsumowując powyższe wydatki nie wychodzi nawet 9000$ więc na co jeszcze poszło nam 6 tysięcy? No cóż…

Shopping!
Wydaliśmy 3000$ na ubrania, pamiątki i elektronikę. Z rzeczy koniecznych były to kurtki przeciwdeszczowe przed Alaską i plecak, a reszta to tylko fanaberia więc jest to coś co znacząco podwyższyło nasze koszty.

Ostatnią kategorią na którą poszło aż 3200$ są tzw.: „Inne”
W inne wchodzi mnóstwo rzeczy z praniem włącznie, ale na pewno na wyróżnienie zasługuje kilka pozycji:
1132$ – Naprawa samochodu
504$ – Bilety na Alaskę
500$ – Wypożyczenie samochodu na Alasce
120$ – Ślub w Vegas
127$ – Paczka do domu
109$ – Parking na 10 dni w Seattle
96$ – Łączny koszt taxi
70$ – Telefon (rzecz niezbędna)
65$ – Autostrady
45$- Mandat za parkowanie (z tego warto zrezygnować:)
45$ – Kuchenka i materac
42$ – Spray na niedźwiedzie
Pozostałe 350$ to głównie lód do coolera, pranie, napiwki, parkingi, prowizje w bankomatach.

Pomijając shopping i kilka dni spędzonych w Kanadzie poszczególne części wyprawy kosztowały nas:
2623$ – Alaska
1272$ – Yellowstone oraz Seattle
2327$ – West Coast
3183$ – Central US
2268$ – East Coast

Reklamy

Powrót do domu

DSC04941Wracamy! Bilety kupione! Ale zanim opuścimy ziemię amerykańską zwiedzimy jeszcze Waszyngton, Nowy York i wrócimy na tydzień do ukochanej Kanady!

Z Atlanty wyruszyliśmy do Waszyngtonu bez planów zwiedzania czegokolwiek po drodze. Jechaliśmy wolniej, poświęcaliśmy więcej czasu na jedzenie i przejechanie tego tysiąca kilometrów zajęło nam 3 dni. W międzyczasie mieliśmy ogromne szczęście zobaczyć pola bawełny, o których opowiadał nam John, a których nie mogliśmy nigdzie znaleźć. To była nasza ostatnia noc na KOA, było już bardzo zimno, ale zrobiliśmy godne ognisko pożegnalne z kiełbaskami i pieczonymi ziemniakami i jabłkami. I to

właśnie ten ostatni sentymentalny nocleg na KOA skłonił Maćka do poszukania normalnego chleba na nasze ostatnie śniadanie na kempingu. Chleba nie znalazł, ale za to odkrył niekończące się białe pola.

DSC04766

DSC04793

DSC04810W Waszyngtonie kierowaliśmy się od razu do mieszkania Moniki i kiedy GPS pokazywał 60 metrów do celu zatrzymał nas policjant. Jechaliśmy jakieś 10 km/h szukając adresu i nie zatrzymaliśmy się na znaku stop. Policjant poprosił o prawo jazdy a dostał dwa – polskie i międzynarodowe. Powiedział, że na tym w ogóle w Stanach nie można jeździć, ale chyba przed wystawieniem mandatu powstrzymała go liczba papierów jakie musiałby wypełniać. Kazał nam wyrobić dokument pozwalający na prowadzenie samochodu i puścił nas. Wielkie szczęście. Oczywiście dokumentu nie wyrobiliśmy, bo wydaje nam się, że policjant jednak racji nie miał:)

DSC04923

W Waszyngtonie spędziliśmy dwa i pół dnia. Chodziliśmy po najważniejszych atrakcjach, spacerowaliśmy i stołowaliśmy się w knajpach. W niedzielę mieliśmy i szczęście i pecha. Szczęście, ponieważ weszliśmy do ogrodów Białego Domu, które są otwierane 2 razy w roku! Widzieliśmy ogródek warzywny prezydentowej oraz psa wyprowadzanego przez kilku ochroniarzy. Tego samego dnia postanowiliśmy odwiedzić też Bibliotekę Kongresu, w której podobno znajdują się egzemplarze wszystkich książek Świata. My mieliśmy za cel znalezienie książki Gracz napisanej przez Maćka kolegę Przemka Rudzkiego. Niestety biblioteka była zamknięta, bo czynna jest od poniedziałków do sobót. Wielkie rozczarowanie! Nie mogliśmy czekać do poniedziałku, bo czekał na nas Nowy Jork.

DSC04911 DSC04847 DSC04849

Żeby dostać się do NY trzeba przygotować sporo pieniędzy na autostrady i mosty, trochę bolało kieszeń, ale widok na Manhattan wieczorem zrekompensował każdego wydanego dolara. Wspaniałe wrażenie! Dojechaliśmy dość późno do mamy naszego kolegi, znaleźliśmy jakiś parking na 4 dni i poszliśmy spać, żeby już z samego rana wyruszyć na pieszy podbój New York!

DSC05188 DSC05190 DSC04970 DSC05001 DSC05003 DSC05031 DSC05042 DSC05046 DSC05102 DSC05171 DSC05187

Nie zwiedziliśmy nic poza Manhattanem. Chodziliśmy od rana do wieczora, Central Park zjeździliśmy rowerami, zobaczyliśmy Jersey Boys na Broadwayu i poświęciliśmy dużo czasu na zakupy, a i tak pozostał w nas niedosyt tego miasta. Niestety bilety do Polski były już kupione i trzeba było ruszać w dalszą drogę. Tym razem do Toronto przez Niagarę.

Wydostanie się z NY zajęło nam więcej niż planowaliśmy a nawet nie jechaliśmy w godzinach szczytu. Chyba już taki urok tego miasta. Drogę do granicy rozłożyliśmy sobie na dwa dni i po nocy spędzonej w Rochester spędziliśmy cały następny dzień w samochodzie. Był to najbrzydszy dzień całej wyprawy. Stany płakały, że wyjeżdżamy, a nasze humory były równie podłe. Rozpogodziliśmy się dopiero na granicy, gdzie wszędzie powiewały kanadyjskie flagi. Wracaliśmy do domu! Straż graniczna przywitała nas zresztą jak swoich obywateli, a nie jak turystów. GPS zaczął pokazywać prędkość w kilometrach, z bankomatu wypłaciliśmy piękne, nowe pieniądze i zatrzymaliśmy się w motelu z bardzo miłą obsługą. W motelu spędziliśmy dwie noce, a na resztę czasu jaki nam w Kanadzie został przygarnęli nas Kamila i Łukasz – znajomi z mojej pracy.

DSC05358

Toronto nie zwiedziliśmy, bo mieliśmy do sprzedania dwunastoletni samochód i tak nam się z tym zeszło, że po obniżeniu ceny o połowę poszedł dopiero 24 godziny przed lotem. Plusem tego, że nie znalazł kupca od razu jest to, że jeszcze udało nam się pojechać do wodospadu Niagara. Widzieliśmy go od strony kanadyjskiej i widok jest naprawdę zapierający dech w piersiach. Siłę wody czuć już z daleka, a możliwość wejścia za wodospad daje niezapomniane wrażenia. Można też pod wodospad podpłynąć statkiem, co podobno jest super, ale my już nie mieliśmy takiej szansy, bo było za zimno (około plus 5) i statki już nie pływały.

DSC05252

To był ostatni punkt naszych długich wakacji. Do Warszawy lecieliśmy niecałe 8 godzin, podekscytowani wizją zobaczenia rodziny. Wszyscy czekali na nas na lotnisku i uściskom, całusom i łzom nie było końca (płakałyśmy oczywiście tylko ja i moja siostra Asia). Dobrze było widzieć ich wszystkich zdrowych i szczęśliwych. Nasze życie po powrocie  było pasmem spotkań towarzyskich i tylko w wolniejszych chwilach przychodziły momenty refleksji i zastanowienia się, czy dobrze zrobiliśmy wracając. To oczywiście pokaże czas, ale po upływie trzech miesięcy jest dużo lepiej, a nasze życie znów układa się dokładnie tak jak powinno:)

Alabama, Floryda – ostatni powiew ciepła

DSC04343Do Alabamy początkowo nie planowaliśmy jechać na dłużej, ale skusił nas przyjaciel (Marek) wysyłając zdjęcia pięknej plaży w Orange Beach, typowo turystycznej miejscowości. Znajomy Marka ma tam apartament i zgodził się, żebyśmy się u Niego zatrzymali. Ugościł nas po królewsku i w ciągu całej naszej podróży to właśnie tam najbardziej odpoczęliśmy. Ja usilnie pracowałam nad figurą pływając w basenie i nad opalenizną wylegując się na pięknej piaszczystej plaży. Dla urozmaicenia czasu zbieraliśmy muszelki w ciągu dnia i kraby wieczorami. Wszystkie posiłki jadaliśmy w restauracjach i czas płynął doprawdy sielsko. John spędził z nami całe 4 dni i mieliśmy wyjeżdżać razem, ale zdecydowaliśmy, że zostaniemy tam dłużej i tym samym zrezygnujemy z podróży do Miami.

DSC04369

DSC04405

DSC04366

DSC04340

Alabama, z której pojechaliśmy na Florydę do Orlando, była ostatnim beztroskim miejscem naszej podróży, natomiast Orlando było ostatnim gorącym miastem. Powoli zaczynało docierać do nas, że niestety nasza wyprawa dobiega końca i czas zająć się sprawami organizacyjnymi. W Orlando pozbyliśmy się 80 kilogramów rzeczy i z perspektywy czasu wiem, że wysyłanie ubrań z Florydy jeśli ma się przed sobą podróż na północ nie jest najlepszym pomysłem. Wysłaliśmy te rzeczy, które nam najbardziej wadziły przez ostatni miesiąc podróżowania, czyli zimowe kurtki i buty, polary, grube skarpety itp. O mieście Orlando nie potrafię napisać nic, bo w ogóle go nie zwiedziliśmy. Wjechaliśmy tylko do dwóch miejsc – do firmy wysyłkowej i na Amway Arenę, stadion Orlando Magic. Zobaczyliśmy natomiast dwie atrakcje w okolicy – Nasa Space Center i Gatorland, czyli ZOO wyłącznie z aligatorami.

DSC04408

NASA leżąca pośrodku bagien robi kosmiczne wrażenie. Będąc tam dociera do człowieka cała historia tego miejsca i przede wszystkim historia podróżowania w kosmos. Oczywiście filmy pokazują tylko pozytywne strony wypraw na księżyc i stacji badawczych omijając niepowodzenia, ale można im to wybaczyć, patrząc na to co osiągnęli.

DSC04427

DSC04426

 

DSC04412

DSC04409

Natomiast Gatorland to miejsce dla rodzin z dziećmi, gdzie aligatory są leniwe i spasione od rzucanych im parówek. Większość z nich nawet się nie fatyguje do jedzenia chyba, że coś spadnie w odległości nie większej niż 10 centymetrów od pyska. Resztę wyjadają ptaki. W ciągu dnia byliśmy na 3 pokazach – karmienia aligatorów, pająków i węży oraz ujarzmiania aligatora. Poza tym załapaliśmy się na karmienie papug i to była najprzyjemniejsza część pobytu tam. Papużki mnie dosłownie obsiadły jakbym cała była z ziarna i były urocze.

DSC04588

DSC04579

DSC04441

DSC04435

Dzięki temu, że odpuściliśmy sporą część Florydy mieliśmy więcej czasu na zwiedzenie Atlanty. W ten sposób miasto, które nie było szczególnie wysoko na naszej liście „must see” okazało się dużym, bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Przede wszystkim w Atlancie jest kolejne Six Flags i akurat byliśmy tam w weekend… Na rolercoasterach szaleliśmy od rana do nocy. Dodatkowo zbiegło się to z Halloween i udało nam się wejść do kilku domów strachu.

Po wyjściu z parku nie mieliśmy gdzie nocować. Nigdzie w pobliżu nie było KOA, a my nie mieliśmy internetu. Jedyne co mieliśmy to adres jakiegoś kempingu, na który w końcu pojechaliśmy. Po ciemku rozbiliśmy namiot i poszliśmy spać. Dopiero rano okazało się, że śpimy nad brzegiem jeziora, po którego drugiej stronie jest największy na Świecie kamień! Wrażenie niesamowite!

DSC04741

Poza kamieniem i Six Flags w Atlancie poszliśmy do muzeum Coca-Coli, w którym trzymana jest receptura. Widzieliśmy oczywiście tylko sejf. Można się tam było napić każdego wyrobu coli i dowiedzieć wszystkiego o powstaniu firmy. Zaraz obok tego muzeum znajduje się ogromne oceanarium. Byliśmy tam w poniedziałek a i tak były tłumy. Niemniej jednak zobaczyliśmy wszystko z pokazem delfinów włącznie, dotknęliśmy każdej rozgwiazdy i jeżowca i głaskaliśmy płaszczki. Jedna z nich wyjątkowo się zirytowała kiedy Maciek dotknął ją pod brzuchem, skoczyła i chlapnęła wodą czym wystraszyła wszystkie dzieci i niektórych dorosłych (ze mną włącznie).

DSC04734

DSC04717

DSC04708

DSC04629

 

Z Atlanty niespiesznie skierowaliśmy się do Waszyngtonu.

Kilka godzin w magicznym Nowym Orleanie

DSC04322

Od powrotu z Alaski prawie co jedną albo dwie noce przenosiliśmymy się z kempingu na kemping. Czas jaki spędzilibyśmy na szukaniu, dzwonieniu i rezerwowaniu byłby najbardziej frustrującą częścią naszej wyprawy. Byłby, ponieważ już w stanie Waszyngton odkryliśmy KOA. Jest to sieć kempingów na terenie całych Stanów! Pola namiotowe mają zazwyczaj elektryczność i wodę, baseny, internet, kilka stanowisk z elektrycznymi kuchenkami, pralnie i co najważniejsze wszystkie opisane są w świetnie wydanej książeczce DIRECTORY.

Od tygodni była ona naszym głównym źródłem informacji i staraliśmy się tak planować trasę, żeby zawsze spać na KOA, czasami nadrabiając trochę kilometrów.

DSC04245

DSC04255

DSC04276

Jedno KOA było i pod Nowym Orleanem. Na szczęście. Gdyby nie to, pewnie zatrzymalibyśmy się w niedrogim motelu, co mogłoby nie być najlepszym pomysłem. Nowy Orlean to piękne miasto, pełne muzyki, małych uliczek i sklepików, ale w nocy staje się niebezpieczne. Zresztą nawet w dzień wystarczyło wyjechać za główna dzielnicę French Quarter żeby widzieć światła radiowozów na co drugiej przecznicy. Natomiast w dzień sprawa ma się zupełnie inaczej…

DSC04281

DSC04284

DSC04299

Na śniadanie zjedliśmy lokalne Beignettes z kawą w otwartej 24 godziny na dobę Cafe du Monde i poszliśmy na spacer małymi uliczkami. Zatrzymywaliśmy się co chwilę w małych sklepikach z pamiątkami, karnawałowymi maskami albo sosami tabasco. Poza tym kilka razy przystanęliśmy posłuchać uliczne kapele. Zmęczeni chodzeniem odpoczęliśmy przy słynnym w świecie drinku Huricane w pubie Pat O’Briens. Przejechaliśmy się też tramwajem, ale bez porównania z San Francisco. Niestety już po kilku godzinach musieliśmy opuścić to niezwykłe miasto i udać się do Alabamy, gdzie czakał nas zasłużony wypoczynek nad Zatoką Meksykańską i… intrygująca znajomość.

DSC04315

DSC04326

W drodze na Południe

DSC03927

Po Las Vegas plan był prosty – jedziemy do San Antonio w Texasie w trzy dni. Czyli inaczej jedziemy 2200 kilometrów w trzy dni. Po drodze zatrzymaliśmy się na zwiedzenie tamy Hoovera, która jest poprostu WIELKA i nie ma jak inaczej jej opisać.

DSC03943

Można przez nią przejść i spojrzeć w dół rzeki z jednej strony oraz na zbiornik wody z drugiej strony. Jest też most na przeciwko tamy, z którego widać całą jej okazałość.

DSC03947

Muszę szczerze przyznać, że zarówno na moście jak i na tamie miałam nogi z waty. Patrzyłam w dół 230 metów i nie czułam się komfortowo (zwłaszcza jak ktoś za blisko mnie przechodził).

Z tamy przejeżdżaliśmy między innymi przez Phoenix, ale nie zdecydowaliśmy się na nocleg u Marcina Gortata, woleliśmy pojechać kawałek dalej na kemipng.

DSC03962

Dotarliśmy tam późno w nocy, rozbiliśmy namiot i zabraliśmy się za gotownie obiadu. Niestety w trakcie smażenia mięsa skończył nam się gaz i musieliśmy od kogoś pożyczyć. Na szczęście poza nami była na kempingu jeszcze jedna para, która nie spała. Pożyczyliśmy od nich kuchenkę, zjedliśmy wspaniałą kolację, a resztę wieczoru spędziliśmy z naszymi nowymi znajomymi. Była to para emerytowanych Amerykanów, którzy sprzedali swój dom na północy i zamieszkali w przyczepie w Arizonie. Okazało się, że Roger był całe życie inżynierem w Fordzie i bardzo nas przepraszał za problemy z zamknięciem maski. Jak powiedział, Ford zdawał sobie sprawę, że zamki są felerne, ale postanowił zaoszczędzić.

DSC03979

Wstaliśmy kiedy nasz namiot nagrzał się nie do wytrzymania, czyli bardzo wcześnie rano. Na zewnątrz nie było jeszcze aż tak gorąco, ale temperatura rosła z każdą minutą. Ziemia była wysuszona, a w około rosły tylko kaktusy, w których cieniu wylegiwały się wypłowiałe koty. Nas jednak czekała dalsza podróż więc z klimatyzacją włączoną non stop ruszyliśmy przez Nowy Meksyk do Texasu.

DSC03965

Texas przywitał nas kontrolą celną i mimo że nie byliśmy na granicy to jechaliśmy wzdłuż i wszystkie samochody były sprawdzane. Przez chwilę baliśmy się, że nasz GPS wyznaczył nam trasę przez Meksyk, bo lubi robić nam żarty i do tego stopnia byliśmy niepewni, że Maciek zapytał celnika, czy jesteśmy na granicy. Eh, ci głupi turyści! Cały następny dzień jechaliśmy przez Teksas aż do San Antonio, w którym spędziliśmy 2 dni. Zwiedziliśmy Alamo pod którym rozegrała się bitwa o niepodległość Teksasu. I chociaż przegrana i w której życie stracili wszyscy obrońcy murów to do tej pory napawa dumą mieszkańców tego stanu.

DSC04016

Poza Alamo warto zobaczyć też River Walk, czyli piękne kanały z mnóstwem knajpek i sklepów z pamiątkami.

DSC04041

W San Antonio naprawiliśmy maskę i wymieniliśmy opony, bo już się trochę starły. W końcu Teksas był naszym 11 stanem!

Z Texasu przejechaliśmy do Louisiany do miasteczka Lavayette, w pobliżu którego wybraliśmy się na bagna. I tu muszę zaznaczyć, że od Las Vegas mieliśmy piękną pogodę, ciepłe noce i gorące dnie. I chociaż każde wyjście z klimatyzowanego samochodu męczyło to docenialiśmy to. Jadąc na bagna nawet nie przyszło nam do głowy, żeby sprawdzić pogodę, bo od tygodni nie widzieliśmy nawet obłoczka. Ale pogoda bywa kapryśnia nawet w Louisianie. Jechaliśmy kierując się na najczarniejszą chmurę ze wszystkich czarnych chmur dookoła nas. Im dalej jechaliśmy tym ciemniej się robiło i oczywiście kilka kilometrów przed celem spadła na nas ściana deszczu. Ulewa jakiej jeszcze nigdy nie widzieliśmy, wycieraczki nie nadążały a połowa naszego małżeństwa była przybita (ja byłam dobrej myśli). Na szczęście mieliśmy rezerwację i właściciel łodzi na nas czekał, bo zbiórka była kilka mil wcześniej i raczej byśmy tam nie trafili zwłaszcza, że nie widzieliśmy nic. Powiedzieliśmy, że mamy rezerwację, ale niestety nie chcemy jechać w taką pogodę, na co Pan się roześmiał i powiedział, że on tymbardziej nie chce i poczekamy aż się rozpogodzi.

DSC04101

DSC04159

Chmury przeszły tak szybko jak przyszły i resztę dnia spędziliśmy oglądając aligatory (dwa z nich karmiliśmy), parę orłów, które tuż obok naszej łodzi podlatywały po kurczaka oraz pająki i wodne żółwie.

DSC04186

DSC04079

Byliśmy jeszcze później na farmie aligatorów, gdzie było ich mnóstwo, ale jednak bagna robiły większe wrażenie. Byliśmy na terenie zwierząt, a nie człowieka i zwłaszcza oglądając aligatory z daleka dało się to odczuć.

DSC04121

DSC04122

Z bagien ruszyliśmy do Nowego Orleanu, co jeden Pan w knajpie skwitował: „I wouln’t go to New Orleans even if you paid me, yo’ll be careful there”.

„What happens in Vegas, stays in Vegas”

DSC03908Z Santa Monica wyjechaliśmy po odebraniu samochodu. Byliśmy zdołowani tym, że pieniądze na hazard musieliśmy zainwestować w hamulce, a do tego jechaliśmy z otwartą maską. Całą drogę nie rozmawialiśmy, a Maciek bez zatrzymania przejechał 400 kilometrów. Chcieliśmy już być na miejscu, oddać samochód parkingowemu i wskoczyć do jacuzzi w naszym pokoju. Mieliśmy zarezerwowany Signature at MGM – jeden z najlepszych hoteli w Vegas i przez parę dni zaznaliśmy prawdziwego luksusu. Mieliśmy do dyspozycji kilka basenów, restauracje i kasyno. Na Strip, czyli główną ulicę Vegas, szliśmy podziemnym tunelem. Poza tym niby przypadkim wspomniałam o tym, że jesteśmy oboje krupierami i chyba dzięki temu dostaliśmy pokój z widokiem na centrum Vegas.

DSC03800

Samo Vegas jest strasznie kiczowate, kolorowe i świecące. Ma to swój klimat i zdecydowanie jest to miejsce, które każdemu może poprawić humor… o ile nie przegrywa się całych oszczędności. My do Vegas jechaliśmy z nastawieniem na kasyna. Graliśmy co wieczór. Pierwszej nocy głównie w BlackJacka i Paigow Pokera, ale szybko wszystko straciliśmy. Na szczęście od drugiego wieczora przenieśliśmy się na ruletkę i szybko się odkuliśmy. Do końca wyjazdu nie udało nam się podwoić oszczędności, ale nic nie straciliśmy.

DSC03875

Cały piątek spędziliśmy na zakupach, na które nastawialiśmy się już od Calgary, bo wszyscy mówili nam o niesamowitych przecenach, promocjach i ilości sklepów. Niestety sklepów, które lubimy było kilka. Wielka szkoda i rozczarowanie! Tego samego dnia wieczorem dolecieli do nas Eliza i Michał, nasi znajomi z Calgary. Przylecieli ponieważ zaprosiliśmy ich na nasz… ŚLUB!!

DSC03870

DSC03850

Nasz amerykański ślub zaplanowaliśmy już dużo wcześniej. Maciej oświadczył mi się romantycznym, „It’s only 50$, let’s do it!”. Ceremonia odbywała się w malutkiej kiczowatej kapliczce pomalowanej na różowo biało z plastykowymi ozdobami, które rozpadały się przy zetknięciu ze mną (oparłam się o kolumnę, która nie wytrzymała mojego ciężaru i usiadłam na ławce, której oparcie się oderwało;). Ślubu nie udzielał nam Elvis, ale nasz urzędnik był rewelacyjny! Kilka minut przed rozpoczęcie chodził i powtarzał: „Katczyna and Macij”, a podczas ślubu mówił, że jesteśmy piękni i pracowici(!) a nasza miłość jest nieskończona jak obrączki 😀 Było sporo śmiechu, świadkowie też się dobrze bawili, (zwłaszcza jak oparłam się o kolumnę). Na certyfikacie ślubu Michał podpisał się jako świadek, a Eliza jako mistrz ceremonii więc prawdziwy mistrz ceremonii musiał się zmieścić obok, co jeszcze bardziej nas uradowało.

DSC03833

Wieczorem poszliśmy na kolację w hotelu New York New York i na show Zumanity Cirque du Solei. Występ genialny! Półnaga akrobatyka połączona z żartami i śmiechem, do tego prowadzący transwestyta i dużo wesołej interakcji z widownią. Mają rozmach w tym Vegas!

DSC03886

Vegas jest miastem niespotykanym. Pośrodku niczego wyrastają ogromne, najbardziej luksusowe, wysokie hotele i ciągle powstają nowe. Ludzie przylatują tam z kilku powodów – hazard, relaks na basenach, zabawa i zakupy. Niewiele więcej można tu robić, ale zawsze coś się dzieje.

DSC03913

Kalifornia!

DSC03346Po wspaniałej przygodzie w San Francisco ruszyliśmy na południe. Czekała nas jeszcze ponad połowa Kalifornii. Jechaliśmy piękną drogą nad oceanem, ale po widokach w Oregonie ciężko nas było wprawić w zachwyt. Udało się to dopiero plaży Piedras Blancas, na której żyją na co dzień lwy morskie. Mieliśmy już z nimi do czynienia w SF, ale nie w takiej ilości. Łącznie mieszka ich tam… 15 tysięcy!DSC03327Co ciekawe jeszcze ćwierć wieku temu było ich kilka sztuk.

DSC03330

Kawałek dalej zatrzymaliśmy się ponownie na krótką sesje zdjęciową. Dość nietypową, bo wśród pasącego się w upalnym słońcu bydła przechadzały się ZEBRY.

DSC03337Nie znaleźliśmy na ten temat żadnej wzmianki w google, również nikt ze znajomych nie potrafił wytłumaczyć ich obecności w Kalifornii. Najwyraźniej był to po prostu kaprys jednego z farmerów, a że klimat daleko od afrykańskiego nie odbiega, to zebry czuły się jak w domu. Po długiej podróży dojechaliśmy do Santa Barbara, w którym przed wielu laty odbywała się akcja słynnego serialu o nazwie samego miasta. DSC03364To właśnie tam zrobiliśmy sobie pierwszy podczas naszych wakacji dzień plażingu.

DSC03316

Słońce piekło, ale nie chłodziliśmy się w wodach Pacyfiku, który jest chłodny. DSC03733Wieczorem ruszyliśmy w stronę Los Angeles. Następnego dnia czekał na nas długo wyczekiwany przeze mnie moment. Roller coasterowe szaleństwo w parku rozrywki Six Flags!

Już na kilka miesięcy przed naszą wyprawą ostrzyłem sobie zęby na to miejsce. W życiu byłem tylko w Disnaylandzie w Paryżu jak miałem 13 lat. I ciężko to porównać do jednych z największych na świecie kolejek. Zanim dojechaliśmy do parku znałem większość z rollercoasterów z filmików na Youtube. Wiedziałem, że największymi i najszybszymi kozakami są X2 i Tatsu. Na miejscu przywitała nas niestety przykra wiadomość o tymczasowym zamknięciu X2. Jeden z turystów po przeczytaniu komunikatu rzekł do swojego nastoletniego syna. „They just ruined my fuckin day!”. Kolejka ta w światowym rankingu jest na piątym miejscu. Szkoda. Jak się później okazało nie było się co martwić, bo niemal każda kolejka na jakiej byliśmy, a zaliczyliśmy ich 10(!!!), była MEGA!

Dotarliśmy tam z samego rana na prawie godzinę przed otwarciem żeby przypadkiem nie stracić choćby minuty, Po wejściu poszliśmy na pierwszy lepszy roller coaster. Ten nie był spektakularni wielki, ale na rozgrzewkę w sam raz. Szaleństwo trwało przez następnych osiem godzin. Kasia, która początkowo bała się w ogóle wsiąść, wytrzymała wszystkie 11 jazd pomimo bólu głowy, udaru słonecznego i skrajnego wycieńczenia organizmu połączonego z lekkim wstrząśnieniem mózgu. Tutaj obalony zostaje mit drogiej amerykańskiej służby zdrowia. Choć Kasia starała się mnie przekonać, że wszystko z nią w porządku, ja zabrałem ją do lekarza na terenie parku. Ten przeprowadził serię BEZPŁATNYCH badań i zalecił Kasi proszki na ból głowy. Tego dnia zakochaliśmy się w roller coasterach i jak się później okazało, nie był to nasz ostatni z nimi kontakt na terenie USA.

Następnego dnia z rana pojechaliśmy do Los Angeles. Wybraliśmy malowniczą trasę nad Oceanem, dzięki czemu po drodze zaliczyliśmy kilka słynnych kurortów w tym Malibu.DSC03777O samym LA słyszeliśmy dużo złego. Postanowiliśmy zweryfikować te poglądy. Najpierw pojechaliśmy na „słynny” Sunset Boulevard, który okazał się zwykłą ulicą, która nie zasłużyła nawet na jedno zdjęcie. Pierwszy minus. DSC03455Nieco wizerunek Miasta Aniołów poprawił Hollywood Boulevard, ale to tylko dzięki gwiazdkom w chodniku. Okolica kiepska, dużo menelstwa i kiczu. Kolejnym punktem było Beverly Hills. Zobaczyliśmy kilka drogich domów i zawróciliśmy. Wszędzie poruszając się w korkach mieliśmy dość tego miasta. Pojechaliśmy w jedyne jak się okazało urokliwe miejsce – Grifith Observatory skąd mieliśmy piękny widok na LA i słynny napis Hollywood. DSC03467Postanowiliśmy jeszcze tego samego wieczora przenieść się na sam dół Stanów, do San Diego.

Dzień w San Diego poświęciliśmy na jedno z największych i ponoć najpiękniejszych Zoo na świecie. DSC03499To rzeczywiście okazało się wspaniałe. DSC03530Oprócz rzadkich do oglądania Giant Pandas obserwowaliśmy drzemiące niedźwiedzie polarne, ganiające i gryzące się zebry, kąpiące się niedźwiedzie Grizzly, stuletnie żółwie i mnóstwo innych zwierząt. DSC03692Wszystko przy idealnej pogodzie, bo taka w San Diego panuje przez cały rok. DSC03624Są tu ponoć najlepsze warunki do życia. Temperatura niemal bez przerwy wynosi około 25 stopni Celsjusza. DSC03576Wieczorem skoczyliśmy jeszcze na coś słodkiego na najsłynniejszą ulicę w San Diego.

Dogrywka. Postanowiliśmy dać Los Angeles jeszcze jedną szansę. Tym razem wjeżdżaliśmy od południa. Po drodze odwiedziliśmy słynny parowiec Queen Mary, piękną i szeroką plażę Huntington…

DSC03705i słynną Venice Beach w Santa Monica. DSC03779I tam właśnie po raz kolejny dał o sobie znać nasz samochód. Musieliśmy wymienić tylne hamulce. Szybko udało nam się znaleźć warsztat, który był w stanie naprawić wszystko od ręki. Robotę skończyli około godziny 18 i już mieliśmy jechać do Las Vegas, gdy podczas próbnego okrążenia wokół warsztatu… odpadło koło… Mechanicy zbledli. Oznaczało to dwie rzeczy. Po pierwsze, że nigdzie tego dnia nie pojedziemy, a po drugie, że oni tym razem będą musieli zapłacić za części z własnej kieszeni. Durnie nie dokręcili koła i kila wstawionych wcześniej elementów się połamało. Zostaliśmy sami bez naszego mobilnego domu bez noclegu. Ten udało nam się ostatecznie znaleźć kilka przecznic dalej w hostelu. I w ten oto sposób, trochę przez przypadek, po raz pierwszy w życiu spałem w hostelu w pokoju z obcymi ludźmi. Nie było źle, ale cena, 42 dolarów od osoby (!) była trochę przesadzona. Na szczęście w cenie było niezłe śniadanie w formie bufetu. Ruszyliśmy odebrać samochód i znów byliśmy o krok od wyruszenia, gdyby nie fakt, że w ramach przeprosin mechanicy wymienili nam olej, ale zepsuli zamek od maski i tej w efekcie nie można było w pełni zamknąć. Prowizorycznie przywiązaliśmy ją na plastykowe zatrzaski i ruszyliśmy do Vegas. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że w ten ryzykowny sposób przejdziemy kolejne 2500 kilometrów.